czwartek, 31 stycznia 2013

Lutowy Shape

źródło:http://www.facebook.com/pages/Shape
Z małym opóźnieniem, ale dzisiaj w kioskach pojawił się nowy - lutowy numer magazynu SHAPE. Tak jak obiecywała redakcja wydanie z płytą kosztuje 9,90 i mamy możliwość wyboru płyty DVD z ćwiczeniami EWY CHODAKOWSKIEJ. Ekipa Shape'a tym sposobem odpowiedziała na prośby wielu czytelniczek, aby wznowić wydanie płyt Ewy, tak aby każdy mógł kupić swój brakujący zestaw ćwiczeń.

Do wybory mamy gazetę z płytami:
  • SKALPEL
  • KILLER
  • TURBO
  • TRENING Z GWIAZDAMI




W moim kiosku do wyboru były dwie płyty - Skalpel i Trening z Gwiazdami. Z ciekawości przeszłam się po paru miejscach i właściwie nigdzie nie było 4 programów Ewy do wyboru. Zazwyczaj na półkach były dwa rodzaje płyt. Także tym, co szukają konkretnego DVD polecam przejść się po kilku kioskach, salonikach prasowych, marketach, stacjach paliw itp.  Ja akurat miałam wszystkie płyty, ponieważ kupuję Shape co miesiąc od jakiś 4 lat albo i dłużej, ale że nie mogłam kupić gazety bez płyty to zdecydowałam się na Skalpel, ponieważ najczęściej z nim ćwiczę. 

Mam nadzieję, że nie każdy kupuję ten magazyn tylko dla płyt Ewy Chodakowskiej. Ja bardzo lubię czytać artykuły o zdrowiu, kuchni i fitnessie i nie wyobrażam sobie miesiąca bez Shape'a. W ostatnim czasie na rynku pojawiła się także konkurencja, zapowiadała się fajnie, ale chyba po 4 numerach gazeta przestała wychodzić - mówię tu oczywiście o magazynie HAPPY, którego twarzą była JOANNA JABŁCZYŃSKA. 

Numer lutowy pod względem treści jest bardzo przyzwoity, zawiera kilka obszernych, ciekawych tematów, idealnych na długie zimowe wieczory. Po przejrzeniu na szybko zainteresował mnie teks o olejach dla smakoszy (chociaż ja głównie oleje stosuje na włosy), a także artykuł głód i emocje, który pomoże Nam zrozumieć, dlaczego sięgamy po niektóre łakocie, choć wiemy, że są niezdrowe. Na okładce niezmiennie piękna Cindy Crowford, a w środku kilka ćwiczeń zaprezentowanych przez gwiazdę. Nie zabrakło też konkursu, w którym do wygrania jest książka "Zachcianki pod kontrolą" - Ja już ją wygrałam dzięki serwisowi Vitalia, więc tym razem nie wezmę udziału w zabawie - za to większa szansa dla Was :)

Polecam kupić nowy numer magazynu i umilić sobie czas z miłą lekturą. A tym, którzy upolowali swoje nowe płytki z treningami życzę miłych ćwiczeń :)


środa, 30 stycznia 2013

Strona techniczna autorskiej płyty EWY CHODAKOWSKIEJ

 
Ten wpis pewnie nigdy by nie powstał, gdyby nie fatalna jakość 4 płyty Ewy Chodakowskiej i magazynu SHAPE, czyli Trening z Gwiazdami - Duety - jak kto woli. W końcu DVD z ćwiczeniami kupujemy dlatego, żeby mieć zgrabne, jędrne ciało, a nie dla jakiejś tam oprawy graficznej. Jednak wszyscy, którzy ćwiczą z 4 płytą wiedzą już jak ważna jest otoczka techniczna, dobry dźwięk, naświetlenie i jak pewne niedociągnięcia ekipy produkcyjnej mogą wkurzać. 






Nową płytkę przećwiczyłam 2 razy i mam już kilka wniosków, co do jej technicznej strony. Przede wszystkim jest o niebo lepsza niż poprzednie programy, które czasami nagrane były byle jak, niektóre płyty nie chodziły, dziewczyny kupowały czasami drugą gazetę, żeby trafić na dobry egzemplarz. Ekipa podeszła do sprawy profesjonalnie, nic nie razi, wszystko słychać i widać, nie pozostaje mi nic innego niż pogratulować. Ćwiczenia z autorską płytą to czysta przyjemność, można się skupić tylko na poprawnym wykonywaniu danych sekwencji i cieszyć efektami.

Przy mojej ocenie nowej płyty zwracałam uwagę na kilka istotnych kwestii:


1. OPAKOWANIE
Bardzo podobają mi się zdjęcia Ewy na płycie. Różowe leginsy i turkusowy top świetnie się ze sobą komponują, okładka jest żywa i dynamiczna, a same ciuszki śliczne. W środku płyty mamy sporo fotek Ewy w różnych ujęciach, co też jest bardzo ciekawe, aczkolwiek moja koleżanka powiedziała, że wyszło to nieco narcystycznie. Ale w końcu to płyta Ewy, więc kto jak nie ona mógłby zdobić DVD :)  Minusem jak dla mnie jest to, że płyta po pierwszym otworzeniu już się nie domyka, okładka się otwarła na szerokość i tyle. Wolałabym, żeby opakowanie było wielkości płyt wydawanych z Shape-m, bo pasowałoby mi na półce do kolekcji. Podejrzewam jednak, że twórcy chcieli, aby ten krążek się różnił, podkreślając w ten sposób odmienność płyty.






















2. ODTWARZANIE
Mam mały kłopot z odtwarzaniem DVD, ale nie mogę powiedzieć złego słowa, ponieważ nie wiem czy to nie wina mojego sprzętu. Mam nowego laptopa w Windows8 i zacina mi on płytę zaraz po Intro, po prostu nie mogę przejść do dalszych części. Natomiast na innym komputerze wszystko chodzi bez zarzutu, więc nie będę się "czepiać". Jeżeli chodzi o klasyczne DVD i telewizor to również mam kłopot, ucina mi się obraz i nie widać boków, np. tego fajnego zegarka, który odmierza czas. Próbowałam zmieniać formaty i nic, dodam że poprzednie płyty chodzą bez zarzutu, czyli dostosowują się do wielkości telewizora.


3. EWA - STYLIZACJE
To także kwestia gustu, ale myślałam że trening będzie poprowadzony w tym ślicznym stroju z okładki, niestety Ewa w Skalpelu II występuje w zebrze (poziome paski), która osobiście mi się nie podoba. Wiem, wiem, że to komplet znanej marki, ale jak dla jest dość dziwny. W Szok treningu podobają mi się bardzo spodenki, fajne kolory i krój. Jest to jednak szczegół, który nie wpływa na jakość ćwiczeń, po prostu taki detal dla oczu. Ja jestem z natury estetką, więc pewnie dlatego zwróciłam uwagę na ubiór i wygląd Ewy.



4. DŹWIĘK
Wszystko słychać bez zarzutu, nie trzeba się specjalnie wsłuchiwać, tak jak w przypadku Duetów, żeby cokolwiek usłyszeć. Słowa są wyraźne, ton spokojny (charakterystyczny dla Ewy), polecenia jasne. Można się w spokoju skupić na ćwiczeniach.


5. OBRAZ
Ujęcia są robione z kilku perspektyw, ale bardzo umiejętnie, kiedy operator przybliża twarz Ewy, to w takim momencie, żebyśmy nie stracili nic z ćwiczeń. Zawsze najpierw dokładnie pokazana jest cała sylwetka, aby poprawnie wykonać ćwiczenie, potem gdzieś w trakcie jest zmiana planu. Są momenty, gdzie kamera jest skupiona tylko na twarzy Ewy, ale w niczym Nam to nie przeszkadza. W tle widać salę ćwiczeń, oświetlenie nie razi, nic się nie odbija i za to wielkie dzięki. Bardziej spostrzegawczy mogą nawet daleko za oknem hali zobaczyć światła przejeżdżających samochodów.


6. MIEJSCE/REKWIZYTY
Do wykonania Skalpela II potrzebne Nam krzesło z oparciem. Pewnie dla wszystkich to żaden problem, każdy ma w domu jakieś krzesło. Jednak nie JA. Do przedwczoraj nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nie mam w domu porządnego krzesła z oparciem, w kuchni taboreciki, w pokojach pufy i fotele. Kiedyś miałam biurko i jedno krzesło mi od niego zostało w piwnicy, więc je przytachałam na górę, ale nie mam drugiego, a moja mama bardzo by chciała ćwiczyć ze mną. W weekend muszę jej koniecznie skombinować drugie krzesło. Trochę też miałam kłopotu z przesuwaniem się mojego krzesła po parkiecie - nie mogłam się na nim dobrze zaprzeć. Podłożyłam jednak pod nie matę do ćwiczeń i jest ok.
Jeżeli chodzi o miejsce to Skalpel II nie wymaga ode mnie więcej przestrzeni niż zwykły Skalpel, mieszczę się całkowicie na macie. Szok trening jest za to bardziej wymagający, już przy pierwszym ćwiczeniu, żeby zrobić 4 kroki musiałam wejść lekko do przedpokoju, a salon mam dość spory. Zawsze jednak można znaleźć jakieś rozwiązanie - dla chcącego nic trudnego.


Podsumowując uważam, że to na prawdę bardzo udana płyta i profesjonalna produkcja. Nie ma za bardzo do czego się przyczepić, a małe mankamenty, na które zwróciłam uwagę nie wpływają na jakość ćwiczeń. To są raczej drobiazgi, na które można przymknąć oko. Trenuje się na prawdę przyjemnie, a sprawy techniczne nie odwracają uwagi od tego, co najważniejsze, czyli od samych ćwiczeń.

Recenzję całej płyty znajdziecie <TUTAJ>

wtorek, 29 stycznia 2013

Hafciarskie gadżety do przetestowania

Wczoraj był szalony dzień, od rana wydzwaniali do mnie kurierzy, a jak wróciłam z pracy moja skrzynka pocztowa pękała w szwach i ledwo pomieściła przesyłki, które oczywiście musiały przyjść wszystkie w jeden dzień.
 
Najbardziej ucieszyła mnie jednak paczuszka od PASMANTERII HAFTIX, z której produktów często korzystam, ponieważ mają atrakcyjne ceny i błyskawiczną wysyłkę. Dostałam kilka produktów do wypróbowania w ramach współpracy pasmanterii z blogerami.


























Wszystkie produkty do testów mogłam wybrać sama, w końcu tylko ja wiem, co mi się przydaje codziennie i co mi ułatwia haftowanie. 

Najszybciej wypróbuje igły i pisaki spieralne. Mam do wyboru igły DMC srebrne, z którymi miałam już do tej pory styczność praktycznie codziennie, ale także igły pozłacane, których jestem bardzo ciekawa. Szczególną uwagę zwrócę na ścieralność, ponieważ najwygodniej szyje mi się igłami, które mają ten połyskujący nikiel. Dostałam jeszcze igły John James, których jeszcze nie znam i nawet nie słyszałam o tej firmie. 




 
W paczce znalazł się również pisak spieralny o grubej końcówce oraz spieralny cienkopis. Na pewno odkryje ich magiczne właściwości przy haftowaniu MAŁEJ SKRZYPACZKI. Wzór jest czarno-biały a moje oczy nie najlepszej jakości, więc będę musiała się wspomagać malowaniem kratek.





Ostatnią rzeczą, z którą nie miałam jeszcze styczności (nie mam dzieci) jest śliniaczek w kolorze miętowym. Zaskoczyła mnie jego miękkość, jest milutki, bardzo delikatny i ładnie wykończony. Wystarczy tylko wyhaftować jakiś motyw we wstawce z kanwy i podarować komuś śliczny upominek. Myślę, że kolor miętowy powinien pasować zarówno dla dziewczynki jak i dla chłopca. Śliniak nie ma jeszcze konkretnego adresata, więc taki odcień zieleni będzie uniwersalny. 





I tutaj pytanie i prośba do Was - macie może jakieś wzory do wyhaftowania na śliniak? Mogą być misiaczki, wzorki, kwiatki, samochodziki, laleczki itp. Będę wdzięczna. Przyjmuję wszystko na maila: zdrowiejlepiejmocniej@gmail.com

Pozdrawiam

poniedziałek, 28 stycznia 2013

ŚWIEŻUTKA, NOWIUTKA autorska płyta EWY CHODAKOWSKIEJ - RECENZJA

 
Rano zazdrościłam wszystkim Ewomaniaczkom, które cieszyły się i testowały nową płytkę i w końcu przyszła pora także na mnie. Jeszcze mam koszulkę i czoło mokre po treningu a już muszę podzielić się z Wami moimi pierwszymi wrażeniami po SKALPELU II. Siedziałam w pracy jak na szpilkach, a potem gnałam do domu ile sił w nogach, by odpalić swój wymarzony, wyczekany krążek. Iiiiii..... nie zawiodłam się. JEST MOC, CZAD I MEGA ENDORFINY.
Ale zacznijmy od początku... 





Na płytce znajdziemy kilka części:

1. INTRO - gdzie Ewa motywuje Nas do ćwiczeń, opowiada jak możemy się czuć dzięki codziennej dawce ruchu. Obrazuje Nam jak możemy wyglądać po treningu, a do tego sama prezentuje się pięknie. Aż chce się ćwiczyć i od razu przejść do rzeczy.

2. ROZGRZEWKA - około 5 minut ćwiczeń, znanych już z programów śniadaniowych i z poprzednich treningów z Shape, które doskonale rozgrzewają Nas i przygotowują do ćwiczeń właściwych. Rozgrzewka jest bardzo przyjemna, dla mnie wręcz relaksująca, jednak po jej skończeniu byłam dostatecznie rozgrzana i przygotowana na dalszą część. Niesamowite jest to, że po tych kilku minutach bolały mnie ręce (praktycznie cały czas mamy je uniesione w górze), choć już prawie 3 miesiące ćwiczę SKALPEL i DUETY.

3. SKALPEL II - czyli trening, którego byłam najbardziej ciekawa oraz trening, na który wszyscy najbardziej czekali. Myślałam, że Ewa za wiele innowacyjnych ćwiczeń nie jest już w stanie wymyślić (mamy już 4 poprzednie płyty i liczne filmiki z PnŚ), jednak jakie było moje zdziwienie, kiedy praktycznie każde ćwiczenie było dla mnie nowością. I tutaj była niezwykła moc, były momenty, gdzie musiałam naprawdę się wysilić i napocić, żeby nadążyć za Ewą. Krzesło okazało się niezłym przyrządem do ćwiczeń.

Skalpel II składa się z 3 rund. W pierwszej wykonujemy 4 ćwiczenia w 3 seriach, w rundzie 2 i 3 znajdziemy po 3 ćwiczenia także w 3 seriach. Po wykonaniu całości moje mięśnie były wystarczająco zmęczone, żeby odpuścić sobie SZOK trening. 

Czytałam, że dziewczyny piszą, że potrzeba do tego treningu dużo więcej miejsca niż przy tradycyjnym Skalpelu, jednak nie mogę się z tym tak do końca zgodzić (przynajmniej jeśli chodzi o część Skalpel II). Moje krzesło postawiłam na macie do ćwiczeń (bo niestety przesuwało mi się po parkiecie i bałam się, że porysuję sobie podłogę) i cały trening na tej macie wykonałam. Przy normalnym Skalpelu też ćwiczę na macie i też wykorzystuje taką samą powierzchnię do treningu. 

Strona techniczna ćwiczeń jest dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, EWA WIELKIE BRAWA DLA CIEBIE, nie spodziewałam się tak fajnego programu treningowego. Mimo dużego zmęczenia już nie mogę doczekać się jutra i ponownego uruchomienia mojego DVD. I powiem to, o czym byłam przekonana już 2 tygodnie temu zamawiając płytę: TO NAJLEPIEJ WYDANE 25ZŁ W OSTATNICH KILKU LATACH.

Większość ćwiczeń spokojnie byłam w stanie wykonać i nadążyć za tempem Ewci, jednak dwa z nich sprawiły mi trudności. Przy trzeciej serii, zrobiłam tylko kilka powtórzeń i odpuściłam. Mówię tutaj o wstawaniu z krzesła na jednaj nodze oraz o robieniu pompki przy krześle.
Dla lepszego zobrazowania fotki, zrzuty z ekranu:



DZIEWCZYNY, jeśli już ćwiczyłyście, wiecie o czym mówię. Mam nadzieję, że z każdym kolejnym treningiem będzie mi łatwiej wykonać te dwa ćwiczenia. Jutro walczę znowu i wzmacniam dalej swoje uda i ramiona.

Jeśli chcemy skończyć Nasz trening na Skalpelu II możemy wraz z Ewą wykonać rozgrzewkę i na tym zaprzestać. 


Trochę wstyd, ale przy tym ćwiczeniu rozciągającym nie mogłam dotknąć palcami stóp. Koniecznie muszę się porozciągać.

4. SZOK TRENING - i tutaj przyznam szczerze, że tylko go obejrzałam i zostawiłam sobie na weekend. Wstanę wtedy rano i w pełni zrelaksowana zrobię tę część "dla ambitnych". Pierwszy wniosek po obejrzeniu był oczywisty: TO ISTNE SZALEŃSTWO, JAK TO ZROBIĘ TO PADNĘ. I tutaj uwaga: potrzeba już nieco więcej miejsca. Ale o tym treningu więcej w weekend, dopiero jak go zrobię z całości będę kompetentna, żeby się wypowiadać.

5. BONUS TRACK, czyli oglądamy kulisy powstawania płyty, ekipę pracującą przy krążku (i Ewci Puzla widziałam nawet).


To tak w skrócie o nowej płycie. Mogłabym ją jeszcze długo chwalić, bo dla mnie jest niesamowita. Pewnie przyczyniło się do tego oczekiwanie i emocje, które zawsze towarzyszą mi przy otwieraniu kolejnych płyt z Ewą. Uwielbiam ten moment, kiedy jestem spocona po treningu i wiem, że wykonałam kawał dobrej roboty. Dzisiaj byłam o tym przekonana, co obrazuje moje mokre czoło i włosy.



Już jutro postaram się napisać coś o stronie technicznej płytki, czyli o tym wszystkim, co przeszkadzało Nam w DUETACH, a tutaj jest na najwyższym poziomie. 


DZIEWCZYNKI BIERZCIE SIĘ DO ROBOTY, COŚ CZUJĘ ŻE TO BĘDZIE ROK EWY CHODAKOWSKIEJ I NASZ. Piękne ciało wynagrodzi Nam wszelki trud. DO DZIEŁA! DO ĆWICZEŃ, DO SKALPELA II.

Cukier BIAŁY czy ten TRZCINOWY?


W ostatnich czasach bardzo modny stał się cukier trzcinowy, pozyskiwany z trzciny cukrowej. Można spotkać go bez problemu na sklepowych półkach, występuje w kilku rodzajach i nie każdy wie, że brązowy, trzcinowy, nierafinowany, Demerara to nie do końca to samo. Uważać też trzeba na podróbki, które producenci barwią karmelem lub melasą, by ze zwykłego białego cukru zrobić brązowy. Musimy jednak pamiętać, że każdy cukier jest zbędny dla naszego organizmu i czy będzie to biały cukier buraczany, czy ten trzcinowy to i tak powinniśmy go unikać.






Najbardziej wyraźna różnica między cukrem białym a tym nierafinowanym trzcinowym występuje w procesie jego pozyskiwania. Ten najpopularniejszy w Polsce, czyli biały wytwarza się z buraków cukrowych i jest on najczystszy chemicznie, ponieważ zawiera >99,8% sacharozy. Cukier trzcinowy nierafinowany, który uważamy za zdrowszy zawiera tylko 2% mniej czystej sacharozy, czyli około 97%. Jednak to producenci, zawyżając cenę cukru trzcinowego, wmówili Nam, że jest on o wiele zdrowszy i to właśnie nim powinniśmy słodzić na co dzień swoje kawy, herbaty, wypieki. Nie mogę jednak zrozumieć skąd tak wygórowana cena skoro proces produkcji cukru nierafinowanego jest krótszy. Nie trzeba go dokładnie oczyszczać.

Żeby to wszystko zebrać w jedną całość i już nie gubić wśród nazw w sklepie, cukier możemy podzielić następująco:


1. CUKIER BIAŁY
Jest on wyprodukowany z buraka cukrowego, rafinowany, czyli od cukru w trakcie produkcji oddzielana jest melasa (taki ciemnobrązowy syrop, wykorzystywany później do innych celów), w którym są substancje odżywcze pochodzące z buraków. Zawiera nie mniej niż 99,8% sacharozy i ma postać białych, pięknie mieniących kryształków. Możemy go kupić w formie sypkiej, zazwyczaj w kilogramowych torebkach, w formie kostek lub innych udziwnień, np. na patyczkach. Cukier biały może bardzo dobrze udawać cukier trzcinowy nierafinowany, jeśli zostanie zabarwiony karmelem lub melasą!

2. CUKIER BRĄZOWY
To nic innego jak biały cukier z buraka cukrowego tylko nieco inaczej wyprodukowany. Mówiąc najprościej bo białego cukru dodaje się melasę (którą poprzednio oddzielono) i ponownie wysusza się kryształki. Mają one wtedy ładny brązowo-złoty kolor, kojarzony przez większość konsumentów jako cukier zdrowy - zdrowszy. Napomknąć trzeba, że kosztuje on już znacznie więcej i po prostu najczęściej za niego słono przepłacamy.
Taki udawany brązowy cukier można nawet zrobić sobie samemu w domu. Wystarczy do zwykłych białych kryształków dodać karmelu (tyle żeby uzyskać pożądany kolor) i wysuszyć go, aby nie był posklejany.


3. CUKIER TRZCINOWY NIERAFINOWANY
Produkowany jest z trzciny cukrowej. Nie jest od poddawany oczyszczaniu, więc zawiera nieco więcej składników odżywczych niż ten czysto biały. Brązowy kolor zawdzięcza melasie, która nie jest usuwana. Możemy nazwać go "zdrowszym", ponieważ poprzez pominięcie procesu oczyszczenia zawiera on między innymi żelazo, magnez, potas, wapń. Na przykład przeciętna zawartość potasu w białych cukrach to około 30ppm, natomiast w cukrach nierafinowanych od 100-1200ppm. Należy jednak pamiętać, że cukier nierafinowany to w dalszym ciągu sacharoza prawie w czystej postaci. Zyskuje on jednak, poprzez większe wartości odżywcze. 




DEMERARA, to nazwa często spotykana na opakowaniach z brązowym cukrem, oznacza ona tylko tyle, że rodzaj cukru w pudełku jest grubszy. Mówiąc kolokwialnie kryształki, które widzimy na łyżeczce są większe. Ot cała zagadka nazwy demerara.


Jeżeli porównać by kaloryczność cukru białego i cukru trzcinowego nierafinowanego (nie mówię o brązowej podróbce) to też nie ma wielkiej różnicy. 
100g cukru nierafinowanego to 373 kcal;
100g cukru białego to 396 kcal.


Podsumowując jeżeli wybieracie cukier trzcinowy to zwracajcie uwagę, żeby był nierafinowany (polecam przeczytać dokładnie skład), nie traktujcie go jako dużo zdrowszego i nie używajcie go w zwiększonych ilościach. Tuczy on tak samo jak ten biały, a różnica między nimi polega tylko na procesie produkcyjnym, gdzie ten trzcinowy jest nieco zdrowszy, ponieważ jest nieoczyszczony. Warty podkreślenia jest jeszcze fakt, że mi osobiście bardziej smakuje cukier trzcinowy nierafinowany, ma dla mnie głębszy smak i nadaje mojej kawie fajny posmak. Dlatego nadal będę używać go do małej czarnej, nie zamierzam jednak przepłacać i używać go w wypiekach, ponieważ w ciastach nie wyczułam jego karmelowego aromatu - smakował tak samo jak ten biały. Wiem, że możecie pisać, że mimo wszystko ma on więcej tych dobrych pierwiastków i jest zdrowszy, jednak wydaje mi się, że żelazo, potas, magnes itp. można znaleźć w innych produktach, a szukanie ich w cukrze jest lekko niedorzeczne.

sobota, 26 stycznia 2013

Obiadowe inspiracje

W ostatnim czasie poprawiłam swoje odżywanie, staram się przynajmniej raz w tygodniu na obiad zjeść rybę i ciągle szukam pomysłów na jej ciekawe przyrządzenie. W inne dni jadam zdrowe zupy lub po prostu pierś z kurczaka. Aby nie było nudno urozmaicam swoje posiłki jak się da i nawet zaczyna mi się to podobać. Powoli przyzwyczajam się do myśli, że wieprzowina nie powinna gościć na moim talerzu. Czasami pozwolę sobie na chudy schab lub szynkę, ale póki co staram się świnek unikać.

Moja obiadowa dzisiejsza inspiracja to szybki łosoś z fasolką szparagową


Składniki:

150g fileta z łososia
fasolka szparagowa Hortex
łyżka oliwy z oliwek
sól
pieprz cytrynowy

Wykonanie zajmuje raptem 20 minut. Fasolkę gotujemy zgodnie z instrukcją podaną na opakowaniu bądź "na oko" tak jak ja to robię. Łososia obsypujemy przyprawami i smażymy na rozgrzanej patelni po 7 min. z każdej strony (czas smażenia w zależności od grubości kawałka ryby). Całość wykładamy na talerz, dodajemy surówkę przyniesioną przez tatę, szczypiorek do ozdoby i smacznego.

Nie jest to może wykwintne danie, jakie można oglądać na blogach kulinarnych, ale za to jest łatwe w przygotowaniu i szybkie. Nie potrzeba do niego wielkich zdolności kulinarnych a smakuje na prawdę bardzo dobrze.

Dzisiaj bardzo krótki wpis, ponieważ poświęciłam ten dzień na haftowanie oraz domowe SPA. Siedzę teraz z olejem kokosowym na włosach w czepku i ręczniku i pewnie gdyby nie to, że wszyscy domownicy są obecni nałożyłabym sobie maseczkę. Wolę ich jednak nie straszyć i tak patrzą ostatnio na mnie jak na kosmitę, kiedy 2 razy w tygodniu całe popołudnie i wieczór siedzę w turbanie z ręcznika. A jak Wy spędzacie weekend? Mam nadzieję, że mimo mrozu na dworze aktywnie. Ja już mam za sobą SKALPEL i czuję się znakomicie. Teraz tylko RELAKS.
 

piątek, 25 stycznia 2013

Haft na podstawie słynnych dzieł malarskich cz.I

Chciałabym Wam pokazać w jakich tematach hafciarskich czuję się najlepiej. Każdy, kto zna moją galerię na nasze-hafty, wie że nie zobaczy u mnie tematyki religijnej czy martwej natury, nie kręcą mnie tego typu obrazy, a coś nad czym pracuje często wiele miesięcy musi mnie zachwycać. Nie umniejszam tym samym hafciarkom, które lubują się w tych klimatach, ale ja po prostu nie czuję się z tematyką sakralną dobrze. 

Najczęściej motywem przewodnim w moich haftach jest malarstwo, według mnie obraz malowany jest tak samo dobry jak ten wyszywany. Haft nie powoduje, że dzieło wygląda badziewnie czy kiczowato. Wiem, że nie wszyscy podzielają moją opinię, spotkałam się ze zdaniem, że obrazy wyszywane to kicz nie warty żadnych pieniędzy. Osoba ta nie wie jednak ile pracy trzeba włożyć w duży, piękny haft. Oczywiście wcale się tym nie przejęłam, znam wartość moich prac i znam też wiele osób, które się nimi zachwycają.

Dlaczego lubię malarstwo? Ponieważ każdy obraz opowiada jakąś historię. Kiedy oprowadzam gości po domu i krótko przystajemy przy każdej ścianie, żeby przyjrzeć się haftowi, każdy kto mnie znam wie, że usłyszy jakąś opowieść. Zawsze mówię ile pracowałam nad danym obrazem, ale też skąd wzięłam inspirację. Dzisiaj pokażę dwa dzieła, które swój początek wzięły ze znakomitych obrazów wielkich malarzy i oczywiście opowiem ich historię.

1. Auguste Renoir - Portret pani Charpentier z dziećmi
Obraz jest dość duży, haftowany na kanwie 54oczka na 10cm, mulina Ariadna, wzór zakupiony w sklepie internetowym www.kokardka.pl. Haftowany od lutego 2011 do 20 lipca 2011 (około 5 miesięcy).
Oryginał namalowany na płótnie przez francuskiego malarza Auguste Renoir powstał w 1878 roku, ma wymiary 154x190 cm i znajduje się w Metropolitan Museum of Art. Główną postać obrazu stanowi żona Georges'a Charpientiera, który był mecenasem Renoira. Na płótnie jest także dwójka dzieci, starsza córka Georgette i jej młodszy brat Paul. Jest to dość zaskakujące, sama szyjąc obraz na początku byłam przekonana, że haftuję dwie dziewczynki. Było jednak inaczej - na obrazie jest chłopiec i dziewczynka. Podobno matka na przekór ubrała malca w sukienkę, ponieważ wszyscy mówili jej, że ma włosy jak dziewczynka, co oczywiście było prawdą. Jednakowe sukienki miały być lekkim żartem ze strony rodziny. Właśnie dla takich informacji lubię czytać informacje o obrazach, które wykonuję.
 
2. Leon Wyczółkowski "Ujrzałem raz..."
Obraz haftowany na kanwie 54oczka na 10cm, około 2 miesięcy, mulina Ariadna, rozmiar 40x50cm.
Obraz wyszyty na podstawie dzieła Leona Wyczółkowskiego - Ujrzałem raz z roku 1884 (obecnie oryginał w Muzeum Narodowym w Warszawie, wielkość 73x57cm). Przedstawia scenę salonowo-buduarową inspirowaną Paryżem. Obraz posiada anegdotyczną treść wyrażoną przez tytuł. Śpiewany przez parę romans Kazimierza Kratzera i Jana Chęcińskiego "Ujrzałem raz wejrzenie skromne", stał się jednocześnie tytułem obrazu Wyczółkowskiego. Widać tutaj także wyraźny wpływ impresjonizmu, który był autorowi bliski. Obserwujemy go szczególnie w romantycznym spojrzeniu mężczyzny oraz czułości bijącej z obrazu.
Jak widać każde dzieło ma swoją historię, opowieść, którą warto znać. Malarstwo potrafi być bardzo inspirujące. Mam jeszcze kilka obrazów z tej kategorii i na pewno chętnie o nich opowiem w następnych częściach tego cyklu. Mam nadzieję, że to Was zainteresuje i może znajdziecie jakieś ciekawostki o swoich wyhaftowanych dziełach.  


Moje konkursowe wygrane!

Ostatnio mam bardzo dobrą passę, aż się dziwię jak dobrze zaczął się dla mnie ten rok. Oczywiście prawie wszystko, co mnie spotyka, dzieje się za sprawą prowadzenia bloga. Dzięki wejściu w świat blogosfery otworzył się przede mną nowe możliwości i chęć zmiany na lepsze. Oprócz mega motywacji do ćwiczeń i odchudzania, którą zawdzięczam Wam - czytelniczki, wygrałam także dwa konkursy. I pewnie na jeden z nich nigdy bym nie trafiła, gdyby nie zainteresowanie blogowaniem i blogerami.



Przypadkowo trafiłam w Internecie na bloga Kominka, który jest ikoną wśród blogerów, jednak ja dowiedziałam się o jego istnieniu stosunkowo niedawno, czego bardzo żałuję. Trafiłam na środę konkursową na jego blogu, wzięłam udział, wysłałam swój piękny uśmiech na maila i wygrałam balsam do ust Carmex. Wczoraj otrzymałam przesyłkę i bardzo się zdziwiłam, bo spodziewałam się klasycznej żółtej tubki z czerwonymi napisami. Otrzymałam sztyft, który pierwszy raz widziałam na oczy (może w mojej małej miejscowości w Rossmannie tylko go nie ma, a może faktycznie jest to produkt mało popularny). Oczywiście już od wczoraj się nim namiętnie smaruje i mam mięciutkie usta. Carmexu jednak nie muszę nikomu zachwalać, jest na tyle popularny, że pewnie większość z Was już go ma w swojej kieszeni. Wiem, że to drobiazg, ale uwielbiam wygrywać konkursy, a dzieje się to niezwykle rzadko, więc jak na styczeń, gdzie wygrałam 2 drobiazgi plus w pracy świetną wycieczkę, uważam to za wielki wyczyn.




Drugą wygraną w tym miesiącu jest książka Doreen Virtue „Zachcianki pod kontrolą. Jak opanować pokusę jedzenia?”. Książkę wygrałam dzięki serwisowi Vitalia, moje zadanie polegało na opisaniu: Co wyróżnia Vitamotywację - pierwszy w Polsce system wsparcia w odchudzaniu? Po raz kolejny okazało się, że jednak mam trochę talentu pisarskiego i moje studia nie poszły na marne :) . Uwielbiam nagrody książkowe, zawsze znajdzie się dobra okazja, aby dowiedzieć się czegoś nowego o sposobach na nieuleganie zachciankom. Idealna pozycja dla mnie zważając na to, że ciągle nie mogę uwolnić się od słodyczy. Na pewno podzielę się z Wami recenzją książki i co ciekawszymi fragmentami. Sama jestem ciekawa, co autorka wymyśliła i jak to opisała.






I jeszcze jedną miłą niespodziankę w tym miesiącu sprawiła mi firma Ergo Hestia, w której pracuję i której jestem zagorzałą fanką. Okazało się, że jadę na Podlasie (tam, gdzie żubry harcują), na 4 dni w piękne, malownicze tereny. Trochę w tym mojej zasługi, bo wycieczka ta nie jest do końca prezentem, trochę musiałam na nią popracować, ale jadę i to się liczy. Kilka dni odpocznę i będę jak nowonarodzona. 



Morał z tego bardzo krótki: Bierzcie udział w konkursach i wygrywajcie. Do niedawna sama nie wierzyłam, że cokolwiek można "dostać za darmo", czasami brałam udział w jakiś zabawach, ale z marnym skutkiem. W ostatnim czasie zauważam, że firma, która nie ma aktualnie na stronie żadnego konkursu to rzadkość. Wszyscy chcą przyciągnąć fanów, proponując im gratisy, zabawy, loterie itp. Z doświadczenia wiem też, że rzadko kto w nich wygrywa. Jednak jak się okazuje czasami warto spróbować, napisać coś twórczego lub po prostu wysłać swoje uśmiechnięte zdjęcie.
 Powodzenia w konkursach!

czwartek, 24 stycznia 2013

Mokra koszulka po Treningu z Gwiazdami

W ostatnim czasie zwiększyłam nieco częstotliwość treningów z 4 płyty, czyli odpaliłam Duety. Teraz jednego dnia trenuję Skalpel, a w kolejny dzień Trening z Gwizdami. Dlaczego zdradzam ulubionego Skalpela? Bo chyba po 2 miesiącach ćwiczeń organizm za bardzo się do niego przyzwyczaił. Zauważyłam, że robię już go na pamięć, myślami krążę daleko... (najczęściej rozmyślam o blogu), mięśnie choć nadal przy niektórych ćwiczeniach mnie bolą, to nie są już tak mocno zaangażowane. Po prostu zrobił się dla mnie za łatwy - choć nie sądziłam 2 miesiące temu, że kiedyś to powiem.

Kolejną istotną sprawą była ilość potu na moich skroniach i koszulce. Po miesiącu ze Skalpelem praktycznie przestałam się pocić, byłam tylko lekko rozgrzana. Dało mi to do myślenia, dla mnie brak potu oznacza, że trening był za mało intensywny. Od trzeciego mesiąca ćwiczeń, czyli przez ostanie 2 tygodnie ćwiczę Skalpel na zmianę z Treningiem z Gwiazdami i znowu mam satysfakcję, że daje z siebie 100%. Staram się wykonywać Duety jak najdokładniej, chociaż Beata Sadowska strasznie daje mi w kość.

Moja koszulka i czoło po treningu:




















I tak do zdjęć już nieco zdążyłam ochłonąć przy ćwiczeniach na brzuch z Karoliną Malinowską, które są dla mnie odpoczynkiem po zabójczym kardio z Beatą. Do ćwiczeń nie zakładam pasa neoprenowego, ale zastanawiam się czy nie kupić go na allegro. Magdalena z www.piekne-zdrowie.pl smaruje swój brzuch żelem wyszczuplającym, a potem zakłada w talii ten pas i jak wiece efekty ma świetne. Może skopiuje od niej ten sposób i od przyszłego tygodnia będę pocić się w pasie.Próbowałyście tej metody? Jakie macie odczucia?


Dlaczego tak uparłam się na ten pot? Ponieważ jest on naturalną rzeczą podczas treningu, ciało rozgrzewa się, ponieważ zmuszamy je do większej energii, a pot naturalnie nas ochładza. Podwyższona potliwość organizmu zapobiega przegrzaniu ciała oraz hipertermii. Średnia liczba wydalonego potu u zawodników sportowych wynosi około 4 litrów na godzinę normalnie w ciągu godziny wydalamy około 600-700 ml. Jednak temperatura ciała podczas treningów zależy od wielu czynników. Od tego czy ćwiczymy przy otwartym oknie, czy pomieszczenie jest klimatyzowane, chłodne - przewiewne. Najwięcej potu wydalam, kiedy mam w domu zamknięte okna a przed treningiem napiję się trochę wody (potem słyszę jak woda przelewa mi się w brzuchu - śmieszne uczucie). Dodatkowo dla mnie mokra koszulka oznacza to, że trening wykonałam prawidłowo i dałam z siebie wszystko. Też tak macie? 


Oczywiście po wysiłku fizycznym dobrze jest zjeść lekki posiłek, najlepiej białkowy, który pomaga odbudować mięśnie. Mój trening kończy się zazwyczaj około 18 - 18.30, chwilę odpoczywam i około 19 jem wartościową kolację. Wczoraj był to serek wiejski z kawałkami awokado i kiełkami brokuła, mniam.




Ostatnio mam strasznego lenia na gotowanie, cały czas zajmuje mi praca, treningi i prowadzenie bloga, ale korzystając wczoraj z okazji, że po Duetach poczułam przypływ energii i endorfin, poszłam za ciosem i przygotowałam sobie na dziś do obiadu pyszną domową surówkę z marchewki i jabłka (oczywiście bez cukru).














Spokojnie - nie zjem tego wszystkiego sama :)  Podzielę się z mamą, które też lubi takie klimaty i dzielnie mi towarzyszy podczas treningów. Czasami to ją podziwiam, że jej się chce, motywuje mnie jeszcze bardziej. W końcu jestem o połowę młodsza i to ja powinnam mieć więcej energii.

środa, 23 stycznia 2013

Kork 2: Żel, krem, czyli jak zwalczyć cellulit


Na pierwszym miejscu do zlikwidowania cellulitu postawiłam peeling <klik>, ale jak wiadomo samo ścieranie ciała to za mało - trzeba działać kompleksowo. Kiedy mamy już oczyszczoną, wyszorowaną pupę i uda następuje krok 2, czyli trzeba wklepać w zacne pośladki jakiś cudowny specyfik.

Kremów - żeli o działaniu antycellulitowym jest mnóstwo. Spotykamy je w drogeriach, aptekach, marketach itp. W swoim składzie zazwyczaj mają mentol, kofeinę, algi morskie, wyciągi z ananasa, zielonej herbaty, L-karnitynę i wiele innych naturalnych wspomagaczy. Ja przetestowałam wiele kremów i mam już raczej sprecyzowane wymogi, co do mojej idealnej tubki. Ich działanie raczej opisałabym jako fajne wygładzenie, napięcie, ujędrnienie, czasami też nawilżenie, chłodzenie, rozgrzewanie, ale żaden w 100% nie zwalczył mojego cellulitu. Od prawie 3 miesięcy do kremów dołączyłam aktywność fizyczną i niestety dalej widzę u siebie efekt pomarańczowe skórki. Fakt - cellulit jest już nieco mniejszy, no ale nadal jest! Zaczynam się powoli zastanawiać czy on zniknie kiedykolwiek. Mam jeszcze sporo opcji, by z nim walczyć, ale stają się one coraz bardziej kosztowniejsze dlatego postanowiłam jeszcze dać szansę żelom antycellulitowym.

Czego oczekuję od idealnej tubki?
Oczywiście zniknięcia cellulitu, tak jak wszyscy, kupujący krem antycellulitowy. Wiem jednak, że to długotrwały proces, na który jeszcze długo będę musiałam czekać. Zwracam także uwagę na wygładzenie skóry oraz jej nawilżenie. Chcę, aby po posmarowaniu moja skóra była gładka i aksamitna w dotyku. Staram się dostosowywać krem do pory roku. Kiedyś kupiłam w lecie rozgrzewający żel firmy Eveline i zwyczajnie nie miałam ochoty w upały smarować się specyfikiem, który dodatkowo mnie rozgrzeje. Więcej tego błędu nie popełniłam i teraz zimą wybieram krem rozgrzewający, a latem chłodzący, najczęściej z dodatkiem mentolu. Następnie zwracam uwagę na opakowanie. Normą jest, że prawie wszystkie kremy są w tubkach i trzeba pod koniec rozciąć opakowanie. Szczerze polecam to robić, wiele razy po przecięciu opakowania jeszcze dwa tygodnie smarowałam się tym, co zostało na ściankach. Wolę też żelową konsystencję kremu, lepiej się rozprowadza i ślizga po skórze i lepiej wycisnąć ją z opakowania.

Co wybieram na kilka kolejnych miesięcy?
Tym razem nie firmę Eveline, której byłam długo wierna, jednak nie widziałam znaczących rezultatów, tylko firmę Nivea, która jest bardzo chwalona za serię Q10. Szczególnie zainteresowały mnie 2 produkty:
Żel antycellulitowy Q10, który zawiera unikalne połączenie dwóch aktywnych składników: naturalnego ekstraktu z lotosu oraz L-Karnityny oraz
Serum antycellulitowe Q10 plus 10x bardziej skoncentrowane! które ma 10 razy większą koncentrację L-karnityny, działa w zgodzie z Naszą skórą, aby poprawić jej jędrność i zredukować oznaki cellulitu już w 10 dni.

Jeszcze nie kupiłam ani żelu ani serum, czekam aż będzie jakaś promocja w Rossmannie lub Super Pharm. Szczególnie ciekawi mnie to serum, które podobno rozprawi się z cellulitem w 10 dni. Gdyby było to prawdą byłbym niezmiernie szczęśliwa a latem chodziłabym tylko w krótkich szortach :) 





wtorek, 22 stycznia 2013

10.000 wejść! Dziękuję!

Nastąpiło to o wiele szybciej niż myślałam, wczoraj na blogu wyświetliła się magiczna liczba 10.000 wejść. Dziękuję Wam, że zaglądacie, komentujecie, lubicie i dołączacie do grona fitnessowo zakręconych. 

Dajecie mi motywację i siłę do działania, bez Waszego wsparcia pewnie już dawno przestałbym ćwiczyć, wróciłabym do punktu wyjścia, czyli dalszego użalania się nad zbędnymi kilogramami. Jak wiecie do walki nad sobą zmotywowała mnie EWA CHODAKOWSKA oraz jej niesamowite programy treningowe, za co jej także serdecznie dziękuję. 



Nie spodziewałam się także tak dużego zainteresowania moją pasją - haftem krzyżykowym. Bardzo mnie cieszy, że nie tylko haftomaniaczki zaglądają i komentują moje poczynania w tej dziedzinie. Fajnie jest czytać, że ktoś pierwszy raz na oczy widzi wyhaftowany obraz i jest to niesamowite!


W mailach bardzo często pytacie mnie jak ćwiczyć, jak wytrwać w treningach, a także jak się odżywiać? Staram się jak najszybciej odpowiadać na te wiadomości i wiem, że wielu z Was już pomogłam. Postaram się także bardziej szczegółowo zamieszczać na blogu przykładowe jadłospisy, inspirujące i łatwe w przygotowaniu potrawy, smakowite zdjęcia. Jednak tak jak piszę w mailach czasami trochę to trwa zanim jakiś przepis tu się znajdzie, ponieważ zależy mi na zdjęciach własnoręcznie zrobionych, żeby ukazywały danie realistycznie.

Także niedługo pojawi recenzją najnowszej płyty Ewy, wydanej już bez magazynu Shape, nie mogę się doczekać swojej przesyłki, chyba zaraz po jej otrzymaniu wskoczę w dres i wezmę się do roboty!

I jeszcze jedna ważna informacja z wczoraj. Znamy wstępny termin grupowego treningu na STADIONIE NARODOWYM ! Ewa tak oto pisze:

Wstępnie 18.05 ♥ TRENING GRUPOWY NA NARODOWYM!!!
Bijemy rekord Guinessa :) CO WY NA TO????
Własnie wróciłam ze spotkania..widziałam ogien entuzjazmu w oczas organizatorów imprezy !!! Nie ma rzeczy niemożliwych!!! Jeszcze dwa tygodnie temu,ten pomysł był jedynie marzenim kłębiacym sie w tyle głowy :)
Zamiast marzyć,trzeba działać!!! :)))

Kto jest ze mną reka w góre !!!!!

Na razie przyłaczyło się 22tys osob..
licze na 100tys z czego 50tys realnie się pojawi :)
Prosze zapraszajcie sie nawzajem!!!
Twórzcie grupy w swoich miastach i przyjezdzajcie razem!! Warszawa nie jest tak daleko ♥
TAKA OKAZJA MOŻE SIĘ JUŻ NIGDY NIE POWTÓRZYC :) !!!
FRUUUUUWAM!!!!

źródło: http://www.facebook.com/chodakowskaewa



Jeszcze raz dziękuję za sympatię jaką darzycie bloga! To bardzo miłe i motywujące. Działamy dalej - ćwiczymy, odżywiamy się zdrowo i dbamy o ciało!


 



poniedziałek, 21 stycznia 2013

Odśnież samochód - spal 170 kalorii!

No i zasypało moją krainę, a uściślając województwo lubuskie. Wstałam, wyjrzałam za okno a tam masa śniegu, samochody pod śnieżnymi kołdrami, chodniki śliskie, wokoło pełno nowych bałwanów. I widok bezcenny: uśmiechnięte dzieci, które do przedszkola jadą na sankach. I ten nieco mniej przyjemny: zziajane mamuśki, które nie mają siły ciągnąc sanek, bo kondycji brak, a dzieciaki wyciągają na mróz i niepogodę i nie patrzą na to, że mamuśka ma już pot na skroniach.



I bardzo dobrze, że maluchy wyciągają dorosłych z domu i zmuszają do wspólnej zabawy. Nic tak nie motywuje rodziców jak uśmiech własnego brzdąca. W mojej okolicy aktywność fizyczna na okres zimowy wymiera. Jeszcze wiosną ktoś tam próbuje biegać, inny wyciąga rower z garażu i pedałuje, jak to mówił mój "prawie" teść "w koło komina".  Ale co robić zimą, jak się zmusić do wyjścia z przytulnego mieszkanka na mróz i niepogodę?
Moja odpowiedź to: DZIECI, DZIECI, DZIECI! Nie masz własnego? TO POŻYCZ! Rodzice będą szczęśliwi, bo dasz im odetchnąć, a ty wrócisz radosna i ubawisz się jak niegdyś za czasów dzieciństwa, zjeżdżając na sankach z najwyżej górki. NIE MASZ DZIECI I NIE MASZ OD KOGO POŻYCZYĆ? Nie pozostaje Ci nic innego jak OBUDZIĆ W SOBIE DZIECKO!

Dla mnie w zimie nie było w dzieciństwie nic lepszego jak śnieg padający za oknem. Pamiętam, że ten pierwszy, wyczekany sprawiał największą radość. Stałam z nosem przyklejonym do szyby, obserwując tańczące w powietrzu płatki. I ciągle musiałam namawiać kogoś z dorosłych do wyjścia na dwór. Tata robił samochodem kulig, mama chuchała, żeby nic Nam się nie stało. Jak widać żyję, bawiłam się świetnie i wspominam do dzisiaj.

Wtedy, w dzieciństwie zabawa na śniegu była czystą przyjemnością, więc dlaczego nie może tak być i teraz - w dorosłym życiu. Spróbujcie dzisiaj, jutro, w najbliższy weekend wyjść na dwór, ulepić bałwana albo porzucać się śnieżkami czy pozjeżdżać na sankach. Niech sąsiedzi patrzą z niedowierzaniem, a ludzie oglądają się na ulicy. Takie zimowe zabawy to też wspaniała okazja do spalenia wielu kalorii.


Zaciekła bitwa na śnieżki - 480 kalorii;
Lepienie bałwana - 250 kalorii;
Ciągnięcie sanek przez godzinkę (z dzieckiem) - 550 kalorii;
Szybka jazda na łyżwach - 480 kalorii;
Chodzenie w śniegu po kolana - 300 kalorii

Sami widzicie, że warto! Zimą można połączyć przyjemne z pożytecznym i jeszcze wyciągnąć dla siebie to, co najlepsze. Ruch i świeże powietrze!
Także maruderzy, którzy nienawidzą odśnieżania powinni spojrzeć na to w inny sposób. Takie machanie łopatą pod domem (310 spalonych kalorii) zwiększa wydolność płuc, dotlenia organizm, poprawia kondycję fizyczną i rzeźbi barki i ramiona, Im więcej śniegu na łopacie tym lepsze zakwasy na drugi dzień. A odśnieżanie auta to już czysta przyjemność 170 kalorii (włączając w to skrobanie szyb). A jeśli jeszcze się pomylicie i odśnieżycie samochód sąsiada? O tym to nawet już nie wspomnę...

niedziela, 20 stycznia 2013

TESTUJEMY: Papirus WINIARY

 
Dzisiejszą inspiracją obiadową stał się słynny PAPIRUS firmy WINIARY. Co prawda pojawił się on na rynku już jakiś czas temu, ale ja z braku pomysłu na obiad, dopiero teraz postanowiłam go wypróbować.

Papirus? papier? czyli o co chodzi?
Przede wszystkim o to, że w środku opakowania znajdziemy 4 arkusze pergaminu, który pokryty jest wieloma przyprawami. Przylegają one ściśle do papierka i nie obsypują się. W składzie wyczytać można, że użyto: kolendrę, gałkę muszkatołową, pieprz czarny, kurkumę, natkę pietruszki, koper włoski, suszone pomidory, ekstrakt czosnkowy, suszoną cebulę, przyprawy curry, sól jodowaną, czosnek suszony. Dodatkowo mniej przeze mnie pożądane rzeczy to: utwardzony tłuszcz roślinny, olej roślinny, wzmacniacz smaku.



I niby nic szczególnego nie ma w tym składzie, czym sami nie bylibyśmy w stanie obsypać piersi z kurczaka, no ale tutaj, w tym papierku mamy wszystko gotowe jak na tacy. 

Pierś z kurczaka wystarczy lekko rozbić, zawinąć w dołączony pergamin i smażyć po 5 minut z każdej strony bez dodatku tłuszczu (tłuszczem jest już nasączony papierek także nic nie ma prawa się przypalić).

Niektórzy mogliby zarzucić temu wynalazkowi to, że nie ma w nim nic oryginalnego, że samemu można skomponować taką mieszankę przypraw i usmażyć piersi z kury. Sama tak myślałam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam reklamę produktu w tv. Dzisiaj jednak zmieniłam zdanie. Wiele razy przyrządzałam kurczaka w tradycyjny sposób i prawie zawsze był suchy lub lekko wilgotny, ale dla mnie nadal za suchy. Ten z PAPIRUSA wyszedł idealny, soczysty, kruchy i wysmażony w sam raz. Kolejny plus za łatwość przygotowania, nie trzeba otwierać kilku torebek z przyprawami - owijamy piersi w pergamin i już. Czas smażenia został ograniczony do minimum, 10 minut na patelni to naprawdę niewiele. Tyle stać przy garnkach to ja mogę codziennie. Jak dla mnie mógłby być tylko mniej słony.


Firma Winiary zadbała o różnorodność i w sklepach możemy nabyć 3 wersje Papirusa:
  • Soczysta pierś z kurczaka w ziołach prowansalskich;
  • Soczysta pierś z kurczaka z papryką;
  • Soczysta pierś z kurczaka z czosnkiem i ziołami.
Jedna porcja zawiera około 199 kalorii.

Polecam spróbować!

sobota, 19 stycznia 2013

Wybraliśmy MAŁĄ SKRZYPACZKĘ, więc do roboty!

Ostatni obraz z serii Lanarte jest już niemal na ukończeniu, może z dwa tygodnie mi brakuje, żeby zwieńczyć kolejne dzieło. W ciągu ostatnich kilkunastu dni, po skończeniu Dzieci, haftowałam stosunkowo mało, może po godzinie, dwie dziennie. Muszę dzielić teraz swój czas pomiędzy bloga, a szycie, więc nie idzie mi to już tak "błyskawicznie".

Lanarte i Kobieta z koniem na dzień dzisiejszy wygląda tak:



Szyję sobie teraz te zielone listki, nie chciało mi się ciągle zmieniać kolorów muliny, więc postanowiłam najpierw wszystkie listki robić jednym kolorem, potem drugim itd. Oczywiście się pomyliłam i teraz coś mi się nie zgadza... Dylemat: szukać błędu i pruć czy nie? Zazwyczaj prułam, bo mnie to wkurzało, tym razem sobie odpuściłam. Te listki są tak zagmatwane, że i tak nikt nie jest w stanie zauważyć czy coś jest lekko przesunięte czy nie. Ot leń się odezwał :)


W moim "plebiscycie" na wybór kolejnego obrazu do haftowania zwyciężyła MAŁA SKRZYPACZKA.  Nie muszę już chyba jej nikomu zachwalać, po raz pierwszy ujrzałam ją w Galerii Gryni, która jest dla mnie mistrzynią - do tego była tak uprzejma, że wysłał mi wzór na adres mailowy. Długo ten obraz dojrzewał w moich zbiorach aż w końcu dzięki Wam przyszedł na niego czas. Zamierzam mniej więcej za 2 tygodnie go rozpocząć, ale już teraz przygotowuję się do jego wyhaftowania.

A moje przygotowania wyglądają mniej więcej tak:

Całość wzoru ma 50 stron!



Kanwa po docięciu okazała się bardzo duża, także zapowiada się kolejne wielkie dzieło. Podejrzewam, że w rok nie uda mi się go skończyć. Ilość krzyżyków 300x417. 






Muliny, które znajdują się na zdjęciach to tylko część, która była w moich zapasach, jeszcze sporo muszę dokupić. Mam trochę kłopotu z oszacowaniem ile mulin będzie mi potrzebnych. Rozpiska zawiera tylko symbol muliny i numer, nigdzie nie widzę informacji ile sztuk jakiego numeru będzie potrzebne. Ja zamawiam DMC przez Internet, bo wychodzi znacznie taniej i teraz nie wiem ile mam zamówić sztuk. Jak zacznie mi co chwila brakować jakiegoś koloru to zbankrutuje na kosztach przesyłki. Dodam, że w moim mieście nie ma nawet porządnej pasmanterii z muliną DMC, więc nawet chcąc dokupić pasemko w stacjonarnym sklepie muszę przejechać 30 kilometrów.
Może moglibyście mi jakoś pomóc? Może macie jakąś rozpiskę tego obrazu, gdzie są podane ilości danej muliny. Będę wdzięczna! Spróbuję też napisać do Gryni, może jeszcze pamięta, której muliny wychodziło najwięcej, a może jest na tyle skrupulatna, że sobie gdzieś zanotowała, ile jakiej zużyła na obraz :)

JUŻ NIEDŁUGO CHWILA BEZCENNA! POSTAWIĘ PIERWSZY KRZYŻYK NA MAŁEJ SKRZYPACZCE.
Na kolejną chwilę bezcenną, czyli postawienie ostatniego krzyżyka na obrazie, będę musiała długo czekać.

Pozdrawiam

piątek, 18 stycznia 2013

WŁOSY - by były piękne, długie i zdrowe

Długie, lśniące włosy to marzenie wielu kobiet (może niektórych mężczyzn też), niestety niszczy je niemal wszystko. Suszarka, lokówka, prostownica, farbowanie, kosmetyki do stylizacji, te pełne silikonów i SLS. Nawet spinanie włosów powoduje ich osłabienie, nie wspomnę już o niewłaściwym czesaniu - szarpaniu. Pomyślałam o tym poście, ponieważ postanowiłam w tym roku bardziej zadbać o swoje włosy i postarać się im pomóc. Wydaje mi się, że zabiegi - rady, które tu przedstawię są bardzo uniwersalne i może ktoś przyłączy się do mnie i także zadba w tym 
roku o swoje włosy w szczególny sposób.


Spróbujmy określić swoje włosy:
Moje są półdługie, od bardzo dawna regularnie farbowane w salonach fryzjerskich. Kiedyś prostowałam je niemal co drugi dzień, teraz robię to zdecydowanie rzadziej (2-4 razy w miesiącu). Naturalnie układają się w fale, są bardzo przesuszone i sianowate, nie mają połysku, słabo rosną. Końce są rozdwojone, czasami połamane i chropowate w dotyku. Plusem jest to, że są grube, ale nie mam ich znowu dużo, więc i tak wyglądają na średnio cienkie. W ostatnim czasie bardzo dużo włosów mi wypada, a nowych babyhair nie widać.

Tak zmieniały się moje włosy w ciągu 2 lat:
kwiecień 2011 farbowany blond - wyprostowane
wrzesień 2011 tragedia! przesuszone i nieułożone włosy przez Chorwackie słońce

Maj 2012 Włosy wyprostowane, systematycznie przyciemniane- nie mogłam już patrzeć na przesuszony blond

Dzisiaj styczeń 2012, związane, niewyprostowane, sukcesywnie wracam do blondu


Jak widzicie z moimi włosami bywało różnie. Miały one momenty tragicznego wysuszenia, puszenia i wszystkiego po trochu i były też w nieco lepszym stanie - ładne, długie i blond.

Postanowiłam znowu wrócić do jasnego blondu, bo w nim czułam się najlepiej, jednak tym razem chcę, by był on lśniący, wiem, że nawet farbowany blond może wyglądać pięknie, wystarczy o niego zadbać!


Na czym zależy mi najbardziej?
  • na nawilżeniu włosów
  • zwiększeniu ich objętości, czyli wyhodowaniu nowych babyhair
  • na przyspieszeniu ich wzrostu
  • na wygładzeniu włosów, by w ten sposób odzyskały blask   

Jak będę walczyć?

Od środka:

Zażywam od tygodnia kwasy Omega-3 w kapsułkach, które mają korzystnie wpłynąć na włosy od wewnątrz, nawilżyć je i zmotywować do szybszego wzrostu.

Piję siemię lniane. O lnianej kuracji naczytałam się bardzo wiele i po przemyśleniu postanowiłam przetestować wpływ lnu na moje włosy. Codziennie piję szklankę wywaru z lnu, tzw. glutka i zjadam wszystkie nasionka. Podobno już po miesiącu można zobaczyć malutkie, nowe, sterczące na czole włoski, zwane babyhair.  
Jest wiele sposobó picia siemienia, ja wybrałam dla siebie dwa, które są wg mnie najprostsze.

Sposób 1: 2 łyżki ziaren zalewam gorącą wodą, odstawiam na 15 min, studzę i wypijam dokładnie gryząc ziarenka.
Sposób 2: 2 łyżki ziaren zalewam letnią, przegotowaną wodą, wstawiam na noc i na cały dzień do lodówki, wypijam następnego dnia wieczorem (ziarenka lnu dłużej się moczą, ale też nie zalewa się ich wrzątkiem, co nie powoduje niszczenia witamin).
Smakuje całkiem nieźle, nawet za bardzo się na tym aspekcie nie skupiam, piję i tyle.

Jeśli Was to interesuje to więcej o piciu siemienia lnianego oraz 3 miesięczne efekty stosowania terapii znajdziecie u <blindhaircare>.    Polecam przeczytać.

Od zewnątrz: 

Będę olejować włosy, czyli wcierać w nie przynajmniej 2 razy w tygodniu jakiś dobry olej, trzymać pod czepkiem kosmetycznym i ręcznikiem przez 2-3 godziny i dopiero myć głowę.  


Pierwszym olejem, który już raz wtarłam we włosy jest olejek do masażu firmy Alterra (do kupienia w Rossmanie za około 18zł). Na dniach ma do mnie przyjechać kurier i przywieźć mi drugi olej, tym razem kokosowy, który wspaniale nawilża i odżywia włosy. 



Do codziennego mycia wybrałam szampony bez szkodliwych substancji, bardzo delikatne, bez silikonów i SLS, SLES. Zdecydowałam się na Babydream, szampon dla dzieci dostępny w sieci Rossmann oraz szampon rumiankowy z firmy Green Pharmacy. 

Dodatkowo muszę myć włosy szamponami specjalistycznymi, przeciw ŁZS, jednak ich używanie ograniczę do jednego razu na tydzień.

Po olejowaniu wolę myć głowę dwa razy, żeby nie okazało się po wysuszeniu, że mam nadal tłuste włosy.  
 






Kolejnym krokiem będzie odpowiednio dobrana odżywka lub maska (na początku zdecydowanie częściej maska do włosów, ponieważ ma bogatszy skład). Włosy lekko przesuszę ręcznikiem, nałożę maskę na 20-30 min, zawinę w ręcznik, żeby stworzyć ciepły klimat i na koniec obficie spłukam chłodną wodą, żeby domknąć łuski.

Polecam maski:
L'oreal - Total Repair;
Kallos - Latte;
Alterra - Granat i Aloes;
Malwa - Gloria (do kupienia w Auchan);
Bioetica - dostępna w Makro lub na allegro.

Każda z nich jest w przystępnej cenie i bardzo dobrze się sprawdza na moich włosach.

 


Zadbałam także o to, aby nie niszczyć włosów mechanicznie. Polecam rewelacyjną szczotkę Tangle Teezer, która doskonale rozczesuje włosy, nawet te najbardziej splątane, świetnie je wygładza i jest niesamowita.
Mam dokładnie tą, co na zdjęciu i jestem nią zachwycona. Wybrałam kompaktową, ponieważ często wyjeżdżam i nie chcę, żeby normalna się zniszczyła. Ta ma zamkniecie, które chroni ją przez urazami.

W domu mam szczotkę z naturalnego włosia z Avonu, jednak elektryzuje ona włosy, ale też nie szarpie i nie wyrywa niepotrzebnie włosków.



Ważne jest także to, czym związujemy włosy, najlepiej żeby wszelkiego rodzaju gumki, gumeczki, frotki nie miały metalowych czy plastikowych złączeń. Niech końce gumeczki będą po prostu ze sobą sklejone, zlepione, byle by te metalowe łączenia nie wkręcały Nam się we włosy. Moje gumki kupiłam w Rossmannie z kolekcji Bio i są wyprodukowane 100% z bawełny.


Oczywiście warto ograniczyć suszarkę, lokówkę, prostownice i wszystko to, co przypala nasze włosy. Z doświadczenia też wiem, że moje włosy najlepiej wyglądają, kiedy wyschną naturalnie, bez powietrza z suszarki.

Będę Wam pisać jak zmieniają się moje włosy pod wpływem tych wszystkich zabiegów, mam nadzieję że już za miesiąc zobaczę pierwsze pozytywne zmiany. Nie mogę doczekać się malutkich babyhair oraz pięknego, lśniącego blondu. Może macie ochotę się przyłączyć do picia siemienia lnianego lub do olejowania włosów? Czekam na chętnych